Podano nam adresy nr 5 i 9. Po tym, jak dowiedzieliśmy się przed wyjazdem, że nikt nas nie przywita, poinformowano mnie na moje pytanie, że jest to numer 5. Przyjechaliśmy po zmroku i drzwi do numeru 5 były zamknięte. Na bocznej bramie znaleźliśmy karteczkę z nazwą apartamentu. Jednak drzwi za bramą również były zamknięte. Na szczęście znalazłem w mieszkaniu pod nami parę, która znała Attico Bougainville z poprzedniego pobytu. Przypuszczalnie zamknięta brama tylko mocno się zaciskała. Kiedy jestem obcy, nie szarpie się drzwi, tylko po to, żeby sprawdzić, czy są zamknięte czy tylko zaciskają. Przez oświetlony korytarz prowadziły schody do ogrodu. (Też zaciskały się drzwi). Tam jest tylko słabe światło i w niemal ciemności wchodzi się na górę po schodach, na których kształt i kierunek stopni zmieniają się kilka razy. Nie przystaliśmy się do tego aż do momentu wyjazdu. Dopiero na samej górze, tuż przed spadkiem, włącza się druga lampa. Drzwi wejściowe są dwuskrzydłowe, ale kto otwiera stałe skrzydło? Przejście ma około 50 cm szerokości. Ławka w kuchni uległa zawaleniu pod moją wagą, krzesła się chwieją. Dzień później popsuło się światło w kuchni. W kuchni nie było ani ścierek do mycia, ani płynu do naczyń. Nie ma cukru, soli, oleju, octu, kawy. Wszystkie podstawowe rzeczy, które wcześniej zawsze znajdowałem w każdym apartamencie. Jest tam co prawda 100 filiżanek do kawy we wszystkich kształtach i kolorach, ale nie ma porządnego sprzętu kuchennego. Długie noże, które nic nie tną, i obieraczka, która już nie nadaje się do użytku. Z kolei jest dużo garnków i patelni. Łazienka jest bardzo mała, a spłuczka do toalety niesamowicie głośna. Piękne jest widok z balkonu na morze i zachód słońca oraz moskitiery. Droga do mieszkania prowadzi stromy podjazd i wymaga dobrej kondycji. Właściciela doświadczyliśmy jako nieuprzejmego, kontakt tylko przez e-mail. Nigdy go nie widzieliśmy. Nigdy więcej.